Strona główna blogów w Expressie Bydgoskim
Strona główna blogów w Nowościach

W tak wielotysięcznym mieście jak Bydgoszcz są trzy noclegownie, po setce łóżek w każdej. Zajętych łóżek.
Być może drugie tyle bezdomnych je w barach a śpi na dworcu, je na dworcu a śpi w kanałach lub je w kanałach a śpi w barach. Mówimy o ludziach, którym w życiu totalnie nic nie wyszło i to najczęściej z ich własnej winy. Ofiary klęsk żywiołowych to inny wydział i inna szuflada z pieniędzmi.
Państwo ma obowiązek pomagać swoim obywatelom, więc do pewnych szuflad wkładane są pieniądze i powstają instytucje, które mają je wydać. Realizowany jest program, ale zanim dotknie bezdomnego obywatela - ten musi wypełnić test-ankietę. Nie zda go nikt, kto pisze (zakreśla krzyżykiem) prawdę, lubi alkohol, narkotyki, opuściła go nadzieja, nie ma entuzjazmu i nie chce nic zmieniać tylko dożyć do jutra.
W Bydgoszczy zdało siedmiu: czterech mężczyzn i trzy kobiety.
Od czerwca rozmawiają z psychologami, słuchają wykładów z prawa pracy uczestniczą w kursach nauki zawodu. Bo każdy obywatel zwrócony społeczeństwu to sukces. Niestety, każdy pozostający na jego marginesie to porażka.

Porażki chodzą po bydgoskich ulicach i nie chcą zapukać do poradni odwykowych. Nie zdają więc testów i nie obejmuje ich program. Test na bezdomnego zdaje kilku na kikuset w mieście. Żeby go zdać trzeba mieć tę iskrę, chęć do zmiany i zapał do pracy. Właściwie wszystko to, czego brak spowodował, że ognisko domowe zgasło.

Ten, kto obleje, pozostaje pod opieką Straży Miejskiej, Izby Wytrzeźwień i administratorów miejskich śmietników. To są inne wydziały i inne szuflady z pieniędzmi. Jeśli już trzeba płacić to lepiej za sukcesy. Tylko jak rozpalić ognisko, kiedy nie ma iskry?

Stuprocentowej pewności, że jest bezpiecznie, nie może mieć nikt. Z kolei ludzie, którzy uważają, że niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, są izolowani od społeczeństwa w oddziałach zamkniętych. Tam, o czym niedawno pisał „Express”, również nie jest bezpiecznie.

Zdecydowana większość uczy się więc żyć gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Skonfliktowana z mężem kobieta nie wie, czy ten kupił półautomatycznego „Skorpiona”, choć jest to absolutna rzadkość nawet wśród przestępców.

Spacerująca z dzieckiem matka nie może być pewna, że kierowca mijającej ją ciężarówki ma zdrowe serce.

Rodzic zamkniętego w sobie nastolatka nie podejrzewa nawet, że jego równieśnicy otworzyli właśnie ostatnie drzwi na jego drodze do samobójstwa.

Pracownik firmy liczącej zyski nie zakłada, że dzisiaj na terenie zakładu może wydarzyć się zbiorowa katastrofa.

Wszyscy oni, nawet jeśli kiedyś o tych zagrożeniach pomyśleli, to nauczyli się z tym żyć. I nie mają wyjścia. Dla niektórych jednak taka nauka powinna być zakazana. Można ich łatwo poznać, bo na co dzień chodzą w mundurach. Cała nadzieja w policji.

Niestety, gehenna szesnastolatki z Włocławka trwa już półtora roku. Dwukrotnie była gwałcona i pocięta nożem przez zwyrodnialca. Była pod opieką psychologów. Wczoraj o piątej nad ranem była jeszcze w łóżku w swoim pokoju. Ale o szóstej już nie. Policjanci znaleźli ją pięć godzin później związaną sznurkiem w krzakach. I wielokrotnie powtarzana formuła, że trwa wyjaśnianie okoliczności tej sprawy, zupełnie mi tu nie pasuje.

Takie powtarzanie niczego nas nie nauczy!

Urzędy miast i starostwa pożyczyły od obywateli miliony złotych. To łagodniejsza wersja zdarzenia, bo niektórzy nazywają to wręcz wymuszeniem rozbójniczym. Wszystko w majestacie prawa. Prawo się zmieniło i pozostało teraz pytanie co ze sprawiedliwością…

Od kilku lat rejestrujący pojazdy sprowadzane z zagranicy byli zmuszeni do zapłaty 500 zł za tzw. kartę pojazdu. Kupujący auta w salonach otrzymywali ten dokument za darmo (30 zł w cenie pojazdu), natomiast użytkownicy starszych nie posiadali go w ogóle. Dziś opłata wynosi 75 zł.

Po naszych drogach jeżdżą więc pojazdy z drogimi kartami, tanimi, bardzo tanimi i bez kart. Typowy przykład na przepisy, których jedynym skutkiem jest wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni obywatela. Udało się. No i co teraz?

W Bydgoszczy i Toruniu posiadaczy „drogich” kart jest po kilkanaście tysięcy. Wszyscy mogą mieć poczucie, że są biedniejsi o ponad 400 zł, bo ktoś zrobił błąd. Miejscem tej pomyłki był urząd, więc obywatel idzie tam, by zapytać co z „pożyczką”… Czy urząd odda pieniądze? Po paru minutach już wie, że stoi przed wyzwaniem dobrym dla Don Kichota.

Urząd mówi, że nie pożyczył tylko wziął, bo taki był przepis. Ten powstał na biurku ministra, więc skarżyć trzeba skarb państwa. No ale lwia część zawyżonej opłaty pozostawała w lokalnym samorządzie, więc minister, nawet jeśli przegra w sądzie, to nie pieniądze, bo ich nie brał. Wszyscy, którzy pogodzili się już z rolą błędnego rycerza odkrywają więc, że nie bardzo wiadomo z kim walczyć.

Państwo zrobiło z obywatela wiatrak i Don Kichota za jednym zamachem. A historia przycupnęła w kącie i chichocze…

Lato w pełni a polscy politycy dwoją się (sic) i troją, żeby sezon ogórkowy jeszcze nie wystartował.
Wczoraj o 16.04 premier Marcinkiewicz poinformował, że jego sytuacja nie jest skomplikowana, co wytknął mu lider opozycji Donald Tusk. Dodając siły tym słowom zapewnił dziennikarzy, że jest politykiem, który nigdy nie kłamie.
Już był w drodze na lotnisko, by wylecieć do Chorwacji ale postanowił odwiedzić siedzibę PiS, gdzie Komitet Polityczny partii zaczynał obrady. Stamtąd SMS dotarł do dziennikarzy radia Zet - premier zapowiedział podanie się do dymisji.
To niesłychana dynamika, nawet jak na środek lata. Roman Giertych potrzebował niespełna godziny, by dotrzeć do studia TVN24. Ogłosił tam, że już w środę wiedział, co się święci. Tymczasem wszyscy uczestnicy wczorajszych wydarzeń postanowili pozostać po stronie niedoinformowanych.
Nikt nie znał przyczyn decyzji premiera. Nie wszystkim udało się też opuścić siedzibę PiS tylnym wyjściem. Droga przez las mikrofonów i kamer była prawdziwą drogą przez mękę. Przemysław Gosiewski bez zająkniecia, że nic nie powie, zdołał powtórzyć ledwie kilka razy. Potem już tylko przepraszał i dziękował. Poseł Cymański przyznał natomiast, że nie ma ochoty na mówienie lecz na myślenie.To zabrzmiało jak ostrzeżenie dla tych, którzy próbują robić te rzeczy równocześnie.

Zrozumieć, że czas leczy rany można łatwo z upływem… czasu. Tydzień temu byłem bliski rzucania mięsem na naszych kadrowiczów alfabetycznie lub na wyrywki. Potem zobaczyłem bezradność Amerykanów, miernotę Anglików, pecha Japończyków, słabość Ukrainy…
Dzisiejsze 0:6 Serbów, którym nikt nigdy nie odmawiał charakteru i techniki, to kolejna szczepionka dla malkontenta. Czuję się już lepiej a występ Polaków zbliża się z czasem do poziomu akceptacji.
Prawdą jest tylko, że to myśmy najpierw pokazali jak się w piłkę nie gra a potem inni udowadniali, że może być jeszcze gorzej.
Ale w końcu mistrzostwa wyłonią 8 najlepszych zespołów i będzie można zanucić „jeszcze piłka nie zginęła…”

Praworządny obywatel za uczciwie zarobione pieniądze sprawił sobie samochód. Potem poszedł do hipermaketu i legalnie kupił kilka baniaków oleju rzepakowego. Następnie wrócił do garażu, odkręcił bak i… został przestępcą.
Łamaniem prawa nazwała bowiem Zyta Gilowska lanie do baku wszystkiego, za co państwo nie pobrało akcyzy. Według pani minister podatek ten nie dotyczy już konkretnego towaru (czyt. paliwa) ale samego zjawiska spalania. Fiskus przyczaił się więc gdzieś między bakiem a zaworami wszystkich silników na polskich drogach i wyciąga rękę po procent od każdego litra, który przez niego przepłynie. Ten sam olej wylany na patelnię pozostawia wylewającego w gronie uczciwych obywateli.
Nasza pani minister jest kobietą bardzo odważną. Nie ma w tym jednak ani kropli bohaterstwa. Matkuje finansom w rządzie, którego oszczędność polega na przekładaniu pieniędzy z jednych kieszeni do drugich. A wszystko dlatego, że każdy z polityków u władzy coś komuś obiecuje, a tylko ona może szukać na to pieniędzy. No i padło na kierowców, artystów i wszystkich, którzy jeszcze nie strajkowali.
Zmotoryzowany naukowiec ze wstrętem do demonstracji może już mówić o dyskryminacji. Ale nie o ksenofobii, bo to wymysł Brukseli. W Polsce odmieńców nie widać. Choć można ich wyczuć po zapachu frytek…

Tanie państwo to lep, na który złapało się prawdopobnie tysiące - jeśli nie miliony - Polaków. Cięcia w administracji rządowej były na sztandarach wszystkich partii startujących w wyborach. To mogło się rozejść po kościach, gdyby nikt nie wygrał wyborów. A tak - mamy problem.

Likwidować stanowiska albo całe urzędy, kiedy się doszło do władzy to tak, jak dostać awans, przeprowadzić się do mniejszego mieszkania i zamienić samochód na rower. Premier serwuje nam dzisiaj inną receptę na oszczędności.

Ministerstw będzie więcej ale do tańszej wersji rządzenia doprowadzi nas lepsza organizacja i jakość pracy. Tam naprawdę muszą być kolosalne rezerwy. Aż dziw, że od piętnastu lat nikt na to nie zwrócił uwagi. Ludzie z doświadczeniem mówią, że nie da się stworzyć ministerstwa bez 20 mln złotych. Ileż to już projektów padło w naszym kraju z braku miliona czy dwóch? Tymczasem w samej organizacji pracy można poprawić tyle, że na stworzenie trzech resortów nie wydamy złotówki, a będzie jeszcze taniej…

Tak powiedział premier do mikrofonu, po czym uśmiechnął sie do kamery i odszedł do gabinetu. Z drugiej strony ekranu zostały tysiące - jeśli nie miliony - Polaków, którzy dalej nie wiedzą dlaczego białe jest czarne a mnożenie dwóch liczb dodatnich daje ujemny wynik.

Premier - jak kapitan - ostatni schodzi z pokładu. Póki co, ruch jest w kierunku odwrotnym. Zaciągają się nowi oficerowie, w tym wielokrotny buntownik z wyrokiem i dezerterzy spod obcych bander. I tylko w Łodzi zdarzyło się, że ktoś złożył w urzędzie rezygnację z obywatelstwa polskiego. Jak na początek rejsu, to prawie nic.

Sobota była udanym dniem dla sportu w Bydgoszczy. Chemicy z Delectą na piersiach i siódmym zawodnikiem na trybunach Łuczniczki pokonali Jokera z Piły i wywalczyli historyczny awans do Polskiej Ligi Siatkówki. Krzysztof Kocik ich poprowadził, bo jak przystało na lidera zdobywał punkty w każdym elemencie gry, a z zagrywek seryjnie.
Zawisza natomiast znakomicie wykorzystał wpadki wszystkich liczących się w walce o I ligę. Widzew, KSZO i Zagłębie poprzegrywali u siebie, a ŁKS na wyjeździe. Nasi rozkręcili się, jak to już zwykło bywać, w 2 połowie. Znowu pokazał się Dah, który kilka minut po wejściu na boisko przystawił głowę do dośrodkowania jakiś metr nad ziemią. To była bramka na 2:0 i 3 punkty windują Zawiszę na 2 miejsce w tabeli.
Niestety dziewczyny z Pałacu przegrały gładko pierwszy mecz o brązowy medal w siatkarskiej ekstraklasie.
No i Pepe słabo.
Ale to nie było w Bydgoszczy…

Polską flagę można kupić tylko w wyspecjalizowanym sklepie. Jeśli ktoś myśli o produkcji naszych symboli narodowych w kategoriach biznesu, to jedynym argumentem mogą być kibice reprezentacji. Narodowe święta coraz większej liczbie rodaków kojarzą się jedynie z dniem wolnym od pracy. Większość wywieszających flagi w oknach pozostaje w wyraźnej mniejszości.
Dzięki temu można np. rozpoznać, w którym z mieszkań trójmiejskiego bloku mieszka były lider „Solidarności” Andrzej Gwiazda. Patriotyzm przez duże „P” nam siadł… i płacze.
Wtorkowe Święto Flagi na szczeblu centralnym odbyło się z wielką pompą. Wokół Zamku Królewskiego zebrali się wszyscy ważni. Bliźniacze uroczystości zorganizowano również w miastach całej Polski. Na bydgoski Stary Rynek przyszła wojskowa orkiestra i dyrektor miejskiej rady. Widziano też wojewodę, ale brak frekwencji nie skłonił go do wyjścia poza zadrzewione okolice Ratusza.
Raźniej było już w środę. Wchodzono nawet na mównicę. Niestety wątek Konstytucji 3 Maja zszedł w komentarzach na dalszy plan. Obecnych podzielił prezydent. Po tym jak zaatakował większość lokalnych polityków część biła brawo, a część mówiła o skandalu. Sam prezydent stwierdził, że każde miejsce i czas są dobre na mówienie prawdy.
No może poza szkołami, bo tam już wysłano pisemne zarządzenia o zakazie wiecowania.
Pozostaje tylko zdefiniować prawdę.

PS. Dla ścisłości muszę dodać, że na Święcie Flagi frekwencję ratowały szeregi wojskowych. Było widać, że nasze miasto jest siedzibą kilku jednostek, garnizonu i wojskowego okręgu. Takie miasto…?

Morze może tak czarować swojej fali szumem
Że na brzegu stają chętni z nim do walki tłumem
Często jednak tuż za linią równą z gruntu końcem
Wilk co chce być morskim staje wodnym się zającem

Tam, gdzie nóg już nie wystarczy ręką ruszyć trzeba
Mniejszy postęp, ale zawsze dalej dna niż nieba
Gdy horyzont się wyrówna z każdej świata strony
Tylko ten, kto ruszy głową będzie ocalony

Następna strona »