pt 8 gru 2006
W tak wielotysięcznym mieście jak Bydgoszcz są trzy noclegownie, po setce łóżek w każdej. Zajętych łóżek.
Być może drugie tyle bezdomnych je w barach a śpi na dworcu, je na dworcu a śpi w kanałach lub je w kanałach a śpi w barach. Mówimy o ludziach, którym w życiu totalnie nic nie wyszło i to najczęściej z ich własnej winy. Ofiary klęsk żywiołowych to inny wydział i inna szuflada z pieniędzmi.
Państwo ma obowiązek pomagać swoim obywatelom, więc do pewnych szuflad wkładane są pieniądze i powstają instytucje, które mają je wydać. Realizowany jest program, ale zanim dotknie bezdomnego obywatela - ten musi wypełnić test-ankietę. Nie zda go nikt, kto pisze (zakreśla krzyżykiem) prawdę, lubi alkohol, narkotyki, opuściła go nadzieja, nie ma entuzjazmu i nie chce nic zmieniać tylko dożyć do jutra.
W Bydgoszczy zdało siedmiu: czterech mężczyzn i trzy kobiety.
Od czerwca rozmawiają z psychologami, słuchają wykładów z prawa pracy uczestniczą w kursach nauki zawodu. Bo każdy obywatel zwrócony społeczeństwu to sukces. Niestety, każdy pozostający na jego marginesie to porażka.
Porażki chodzą po bydgoskich ulicach i nie chcą zapukać do poradni odwykowych. Nie zdają więc testów i nie obejmuje ich program. Test na bezdomnego zdaje kilku na kikuset w mieście. Żeby go zdać trzeba mieć tę iskrę, chęć do zmiany i zapał do pracy. Właściwie wszystko to, czego brak spowodował, że ognisko domowe zgasło.
Ten, kto obleje, pozostaje pod opieką Straży Miejskiej, Izby Wytrzeźwień i administratorów miejskich śmietników. To są inne wydziały i inne szuflady z pieniędzmi. Jeśli już trzeba płacić to lepiej za sukcesy. Tylko jak rozpalić ognisko, kiedy nie ma iskry?

